Jako
dziecko spędzałam każde wakacje na wsi, która miała w sobie coś z magii,
tajemnicy. Pamiętam, jak
Źródło okładki
ostrzegano mnie, żebym po zachodzie słońca nie
wchodziła do stodoły: „Licho za tobą pójdzie i kłopotu narobi”. Każdy zmierzch
niósł ze sobą echo historii o kręcących się po wsi strachach, diabłach i
istotach nie z tej ziemi. Serce biło mi mocniej, kiedy wracałam sama od
koleżanki nieoświetloną wiejską ścieżką i słyszałam w pobliżu szelest czy senne
beczenie owiec gonionych na noc z pastwiska.
Kiedy otworzyłam najnowszą książkę Marty Krajewskiej i przeczytałam kilka zdań, czułam się tak, jakbym cofnęła się w czasie do czasów wakacji na wsi. Rusałki, licha, kikimory i inne słowiańskie strachy to osiem historii dziejących się w wiosce przycupniętej między rzeką a lasem, w którym ukryty jest żalnik. Przygodę zaczynamy razem z Jankiem jesienią, w porze dziadów, a kończymy żniwami razem ze sprytną Marcysią. Będziemy też świętować między innymi Szczodre i Jare Gody.
