![]() |
| Źródło |
Pamiętam, że był pochmurny, może nawet zimowy dzień. Wybrałam się z babcią do biblioteki i nie umiałam zdecydować się na żadną książkę. Bibliotekarka zaproponowała mi „opowieść o piesku”. Wyciągnęła z półki Łazikantego. Kolorowa okładka ze skrzydlatym, białym pieskiem i jakimś palącym fajkę skrzatem. Byłam kupiona. Miałam kilka lat, interesowałam się zwierzętami i po cichu marzyłam o tym, że jak już dorosnę, zostanę weterynarzem (na marginesie: nie dorosłam i nie zostałam lekarzem weterynarii).
Po przyjściu do domu od razu rozsiadłam się z nową książką i zaczęłam czytać. Historia mnie nudziła. W ogóle nie byłam zainteresowana przygodami Łazikantego. Powieść oddałam, nie przyznając się, że jej nie przeczytałam, ale od tamtej pory skutecznie unikałam Tolkiena i wszystkiego, co z nim związane. Do czasu…
Rok 2002. W polskich kinach poruszenie, ponieważ na ekrany wszedł wyczekiwany Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia. Zamarłam, kiedy polonistka ogłosiła obowiązkową wycieczkę do kina właśnie na ten film. Kiedy dodała, że mamy napisać jego recenzje totalnie się załamałam. Naprawdę nie chciałam tam iść.


