[01] Marta Krajewska, Rusałki, licha, kikimory i inne słowiańskie strachy w opowieściach [Recenzja]

Źródło okładki
Jako dziecko spędzałam każde wakacje na wsi, która miała w sobie coś z magii, tajemnicy. Pamiętam, jak
ostrzegano mnie, żebym po zachodzie słońca nie wchodziła do stodoły: „Licho za tobą pójdzie i kłopotu narobi”. Każdy zmierzch niósł ze sobą echo historii o kręcących się po wsi strachach, diabłach i istotach nie z tej ziemi. Serce biło mi mocniej, kiedy wracałam sama od koleżanki nieoświetloną wiejską ścieżką i słyszałam w pobliżu szelest czy senne beczenie owiec gonionych na noc z pastwiska.

Kiedy otworzyłam najnowszą książkę Marty Krajewskiej i przeczytałam kilka zdań, czułam się tak, jakbym cofnęła się w czasie do czasów wakacji na wsi. Rusałki, licha, kikimory i inne słowiańskie strachy to osiem historii dziejących się w wiosce przycupniętej między rzeką a lasem, w którym ukryty jest żalnik. Przygodę zaczynamy razem z Jankiem jesienią, w porze dziadów, a kończymy żniwami razem ze sprytną Marcysią. Będziemy też świętować między innymi Szczodre i Jare Gody.

Jednak pomiędzy stronami ukryte są też one — słowiańskie straszydła, które niejednemu zjeżą włos na głowie. Oprócz tytułowych rusałek czy licha spotkamy także tajemniczego kłobuka o mądrych oczach czy Chmurnika, który, oddając swoje serce wiejskiej dziewczynie, zrezygnował z siebie.

Czytając historie Marty Krajewskiej, czułam się tak, jakbym znowu miała dwanaście lat i biegała po wsi razem z koleżankami. Przypominały mi się wyprawy do lasu w poszukiwaniu grzybów czy jeżyn, a także beztroskie pływanie w rzece, mając gdzieś z tyłu głowy szept: uważaj, żeby coś cię pod wodę nie wciągnęło. Zawsze to złowieszcze „coś” czyhające za zakrętem ścieżki w lesie, za uchylonymi drzwiami niezamkniętej jeszcze na noc obory czy w szuwarach nad cicho szemrzącą rzeczką — licho albo inne „złe”.

Magia zaklęta w tych ośmiu opowiadaniach, które przepięknie zilustrowała Alicja Filiacz, nie pozwoliła mi się oderwać od książki nawet na moment. Z mocno bijącym sercem zaglądałam w ciemne oczy przerażającego wodnika, widziałam upiorny uśmiech czającego się w lesie licha czy grzałam się przy ognisku rozpalonym na rozstaju dróg razem z duchami tych, którzy nie powrócili z wyprawy do leśnych ostępów.

Dodatkowo Krajewska stworzyła coś na wzór powieści szkatułkowej. Bohaterami są dzieci ze wspomnianej wioski. Janek w swojej historii spotyka Mirę i Bolka, którzy są bohaterami kolejnej opowieści, i tak aż do końca, do lata z Marcysią. To mój ulubiony literacki zabieg — każda historia jest inna, a jednocześnie nie wytrąca czytelnika ze świata. Ma też coś z przekazywania opowieści z ust do ust. Autorka totalnie wiedziała, co robi, i chwała jej za to.

Rusałki, licha, kikimory i inne słowiańskie straszydła to cudowna książka, która wciąga czytelnika bez reszty w słowiański folklor i podejrzewam, że zostanie z nim na długo. Niektórym, tak jak mnie, przypomni beztroskie, magiczne wakacje na polskiej wsi pełnej przesądów i strachów.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz