[03] Seo Eun-chae, Tydzień, zanim umrę [recenzja]

Źródło
Powieść pod tytułem Tydzień, zanim umrę była jak złota rybka, która od czasu do czasu migała mi między zapowiedziami, potem nowościami, kiedy przeglądałam oferty moich ulubionych księgarń internetowych. Im częściej widziałam tę niebiesko-różową okładkę tym bardziej chciałam ją przeczytać. Wrzuciłam ją nawet do internetowego koszyka, ale coś powstrzymywało mnie przed kliknięciem „zamów”.

Jakiś czas później znalazłam debiut Seo Eun-chae w nowościach w jednej z katowickich bibliotek. Wypożyczyłam książkę bez wahania i zaczęłam ją czytać w autobusie, którym wracałam do domu. Dodam, że bardzo spodobał mi się jej format. Mała, zgrabna i przyjemna, jakby pluszowa okładka. Cudeńko wydawnicze!

Hee-wan to młoda kobieta, która sześć lat temu straciła w wypadku ukochanego Nam-u. Od tamtej pory funkcjonowała na autopilocie. Jej życie mimo, codziennych aktywności było boleśnie puste. Pewnego dnia idąc przez miasto słyszy, jak ktoś ją woła. Głos jest znajomy. Dziewczyna odwraca się i zamiera. Jej oczom ukazuje się Nam-u. Nie jest już nastolatkiem, ale młodym przystojnym mężczyzną. Mężczyzną z misją. Oznajmia jej, że zostało jej tylko siedem dni życia. Tylko (albo aż) tydzień z ukochanym, który pomoże jej przeżyć całe życie. Tylko czy Hee-wan potrafi wykorzystać ten czas w pełni?

Lubię powieści azjatyckie. Mają w sobie coś magicznego eterycznego i nieuchwytnego. Autorzy i autorki z tamtych stron świata potrafią czarować słowem i klimatem. Ich nastrojowe historie potrafią wśliznąć się do ludzkiej duszy i zagrać na jej delikatnych strunach. Wzruszyć, zostawić delikatny znak.
Nie wiem, dlaczego, ale wobec debiutu Seo Eun-chae miałam ogromne oczekiwania. Liczyłam na coś cichego, ale jednocześnie głośnego emocjonalnie. Na historię, która najpierw mnie rozbije, a potem poskłada na nowo.
Czy to otrzymałam?
Absolutnie nie.

Tydzień, zanim umrę miał niezwykły potencjał na piękną opowieść o tęsknocie, stracie i miłości. Być może miała dawać nadzieję, miała stanowić coś w rodzaju pocieszenia dla osób, które straciły kogoś bliskiego. Coś na kształt literackiego plasterka na złamane, zmęczone smutkiem serce. Niestety, według mnie, nic z tego nie wyszło.

Debut Seo Eun-chae mnie zmęczył i nie zachwycił, a niektóre zachowania bohaterów bardzo mnie irytowały. Szczególnie postać Hee-wan. Dziewczyna grała mi na nerwach od samego początku. Jej wieczny upór i burkliwość sprawiły, że nie potrafiłam jej współczuć.
Nam-u był jej przeciwieństwem – wesoły, roześmiany, ale często narzucający swoje zdanie. To też mnie lekko denerwowało, ale nie w tak dużym stopniu jak Hee-wan. Szczerze? Wolałabym przeczytać jego historię. Była ciekawsza, intrygująca i wciągająca.

Podejrzewam, że Tydzień, zanim umrę miał poruszyć czytelnika do głębi. Sprawić, że zacznie się zastanowić nad ulotnością życia. Uświadomić sobie, że niektóre rzeczy nie warto odkładać na przysłowiowe jutro.
Co zostawiła we mnie ta historia?
Rozczarowanie i poczucie, że jak szybko ją przeczytałam tak szybko o niej zapomnę. Szkoda, ponieważ potencjał tej opowieści był naprawdę duży.

Czy polecam?
Jeśli szukacie czegoś, co wami wstrząśnie i zostawi po sobie głęboki ślad to zdecydowanie nie ten adres. Natomiast, jeśli lubicie spokojne opowieści okraszone realizmem magicznym i licznymi retrospekcjami to śmiało, spróbujcie.
Na koniec mam dla was mały smaczek: książka Seo Eun-chae bardzo szybko stała się bestsellerem i doczekała się ekranizacji. Serial nosi tytuł Way Back Love i na ten moment nie jest on dostępny w Polsce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz